URANIA — Postępy Astronomii o n l i n e
artykuły on-line
Urania - Postępy Astronomii
Urania-Postępy Astronomii 6/2007
Archiwum artykułów:
Linki sponsorowane:

Obserwacja pierwszego sputnika

Leszek Kordylewski
Sputnik 1, który de facto otworzył nową erę w dziejach ludzkości, był epizodem w wyścigu zbrojeń zimnej wojny i miał być tylko testem możliwości nowej radzieckiej rakiety międzykontynentalnej R–7 służącej do przenoszenia ładunków jądrowych. Przyszły nowy obiekt kosmiczny stanowiła hermetycznie zamknięta kula z polerowanego aluminium (aby dobrze odbijała promieniowanie słoneczne i nie pozwoliła na przegrzanie się wnętrza), w której środku, w atmosferze azotu, znajdował się nadajnik radiowy o mocy 1 wata, z wyprowadzonymi na zewnątrz 4 antenami radiowymi o długości 2,4 do 2,9 m. Nadajnik emitował sygnały na częstotliwościach 20,005 i 40,002 MHz, a jego zasilanie stanowiły 3 baterie srebrno-cynkowe (wyczerpały się po 22 dniach). Całkowita masa tego obiektu wynosiła 83,6 kg, a średnica 58,5 cm. Grubość aluminiowego korpusu wynosiła 2 mm. Sputnik 1 został wystrzelony z kosmodromu w Bajkonurze w Kazachstanie w dniu 4 X 1957 r. Osiągnął orbitę, której perigeum było 214 km, a apogeum 938 km. Obiegał Ziemię w ciągu 96,19 min. Powrócił do atmosfery, gdzie uległ całkowitemu spaleniu, w dniu 4 stycznia 1958 r. (red.)

W zbiorach Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego „Collegium Maius” w Krakowie znajduje się stary globus, który różni się od większości globusów, gdyż nie posiada osi, lecz jako wolna kula jest osadzony w wyścielonym aksamitem trójnożnym siedzisku. Pamiętam ten globus z dzieciństwa, gdy stanowił część zabytkowych zbiorów Obserwatorium Astronomicznego UJ przy ul. Kopernika 27 w Krakowie. W budynku Obserwatorium mieszkaliśmy z tytułu pracy mojego Ojca, astronoma Kazimierza Kordylewskiego (1903–1981), który zasłynął później jako odkrywca Pyłowych Księżyców Ziemi.

Rys. 1 Sputnik, czyli „towarzysz podróży”, jak można przetłumaczyć tę nazwę, w pełnej krasie. Fot. NSSDC, NASA

Wielka sala Obserwatorium na II piętrze z tarasem obserwacyjnym wychodzącym na Ogród Botaniczny pełna była mniej lub bardziej osobliwych przedmiotów i instrumentów naukowych. Odwiedzały ją liczne wycieczki i amatorzy astronomii. Jako dziecko dostępowałem zaszczytu prywatnego kontaktu ze zgromadzonymi tam eksponatami. Ojciec mój, znany jako popularyzator nauki, wyznawał swą zasadę „bawiąc uczyć, ucząc bawić”, którą stosował także wobec swoich dzieci. Za pomocą tegoż globusa jako kilkulatek dowiedziałem się, że Ziemia jest okrągła, gdy Ojciec puszczał go w wir, jak piłkę po długim dywanie wyścielającym posadzkę sali. Na tymże globusie uczyłem się nazw kontynentów, oceanów, tu także znajdowałem odległe cele astronomicznych ekspedycji Ojca.

Na globusie do dziś są widoczne przyklejone ręką mojego Ojca kolorowe konfetti, zbierane przez nas z dziurkacza do papierów. Te przedziwne „ozdoby” zabytkowego globusa uważam za oryginalny „zabytek współczesnej nauki”, gdyż wiąże się on z obecnie obchodzonym 50-leciem Ery Kosmicznej, wyznaczonej półwieczną rocznicą umieszczenia pierwszego sputnika w Kosmosie (4 października 1957).

Krążki konfetti przyklejane były na globus w nieprzypadkowych punktach. Stanowiły one markery tych lokalizacji na Ziemi, w których radioamatorzy meldowali już o odebraniu sygnałów radiowych z przelatującego nad tym miejscem sputnika. Wiadomości prasy i radia podawały jako sensacje, gdzie i kiedy odebrano „bipania” z Kosmosu, ale jedynie mój Ojciec zebrał te dane razem, w sobie znanym celu. Jako autor „metody kalkowej” na podstawie takich niewielu danych biegle wyznaczył orbitę sputnika w niedługim czasie po ogłoszeniu umieszczenia go na orbicie. W dobie supersekretności sowieckiej kosmonautyki Kordylewski był w stanie także w ten sposób zlokalizować miejsce startu sputnika, którym był ściśle tajny kosmodrom w głębi Związku Sowieckiego.

Dane z globusa umożliwiły Kazimierzowi Kordylewskiemu obliczenie momentu, kiedy sputnik pojawi się nad Krakowem. Jak dotąd nikt nigdy nie obserwował sztucznego satelity Ziemi, gdyż było to zupełnie nowe zjawisko. Nie wiadomo było, czego się spodziewać. Czy wizualna obserwacja będzie w ogóle możliwa? Ojciec mój uważał, że metaliczna powierzchnia sztucznego satelity może dawać wystarczający odblask światła słonecznego, by go ujrzeć. O świcie przed wschodem Słońca astronomowie zgromadzili się na górnym tarasie Obserwatorium. Wkrótce miało się okazać, kto pierwszy dostrzeże nieznane dotąd nikomu ciało niebieskie.

Oprócz pracowników Obserwatorium obecni byli zaproszeni przedstawiciele lokalnej prasy. Media nie donosiły o niczym innym, jak tylko o niespodziewanym umieszczeniu przez Sowietów sputnika w Kosmosie. Perspektywa zobaczenia go na własne oczy w akcji na nieboskłonie wydawała się dziennikarzom warta niezwykle wczesnego rozpoczęcia dnia. Ja również, jako dziesięciolatek, dostąpiłem zaszczytu obecności w tym niecodziennym wydarzeniu, jakim miała być pierwsza obserwacja sputnika, pierwszego w dziejach sztucznego ciała niebieskiego. Zostałem pouczony przez rodziców, że pod żadnym pozorem nie wolno mi się odzywać ani w jakikolwiek sposób przeszkadzać w tym historycznym, bądź co bądź, momencie.

Rys. 2 Kazimierz Kordylewski na tarasie Obserwatorium Krakowskiego ok. 1960 r. (Fot. CAF — ze zbiorow rodzinnych)

Mijały długie minuty oczekiwania. Astronomowie niecierpliwie obszukiwali niebo przy pomocy wszelkich dostępnych im instrumentów optycznych. Czekałem z niecierpliwością, aż ktoś wreszcie wypatrzy sputnik i wskaże, gdzie go znalazł. Z upływem czasu rosło rozczarowanie obecnych. Czyżby Kordylewski jednak się pomylił? Wyznaczony czas minął, optymizm Kordylewskiego, że sputnika da się zobaczyć, wydał się przesadzony… Nikt nie dawał jednak za wygraną i poszukiwania trwały nadal.

Zaznajomiony z obserwacjami nocnego nieba niemalże od niemowlęctwa, wpatrywałem się w znane mi gwiazdozbiory z nadzieją, że poranne, wczesne wstawanie jednak nie pójdzie na marne. Nie zdawałem sobie sprawy, że jako jedyny patrzyłem na całość firmamentu, podczas gdy astronomowie usiłowali dostrzec słabo świecący obiekt przy pomocy przyrządów ograniczających im pole widzenia.

W pewnej chwili zauważyłem, że jedna z gwiazd nie tylko zmienia intensywność swego światła, delikatnie pulsuje swym blaskiem, ale także przesuwa się wolno po niebie. Aby upewnić się, że to mi się nie zdaje, wybrałem ją jako szczyt trójkąta z dwiema innymi jasnymi gwiazdami. Stwierdziłem zaraz, że kształt tego trójkąta jednak się zmienia! Nie wytrzymałem, przełamałem zakaz nieodzywania się i w ciszy ogólnego skupienia zaszeptałem: „Ta gwiazda się rusza!!!” Natychmiast lunety skierowały się w tę stronę. Tak, to było to, sztuczne ciało niebieskie umieszczone na niebie przez człowieka, a mnie udało się je dostrzec jako pierwszemu.

Prawdopodobnie nie był to sputnik, który w wyznaczonym przez Kordylewskiego czasie przeleciał niezauważony z powodu zbyt małych rozmiarów i słabego świecenia. To, co było przedmiotem spektakularnej mojej obserwacji było zapewne postępującym za sputnikiem, wydłużonym w kształcie, wirującym członem rakiety, stąd oscylacje blasku odbitego światła. Wydarzenie było niezapomniane, gdyż stanowiło autentycznie pierwszą obserwację w swoim rodzaju. Jeszcze tego samego dnia łamy „Dziennika Polskiego”, „Gazety Krakowskiej” oraz „Echa Krakowa” doniosły o tym historycznym wydarzeniu, którego świadkami była zaledwie garstka osób — w większości już dziś nieżyjących.

Obserwatorium Krakowskie przy ul. Kopernika przez wiele późniejszych lat stanowiło Centrum Obserwacji Sztucznych Satelitów. Przez pół wieku niebo zapełniło się nieprzebranym rojem sztucznych satelitów, z których korzystamy na co dzień.

Opisane wydarzenie sprzed lat ma nie tylko znaczenie historyczne, gdyż dotyczy wydarzeń mających miejsce u kolebki „Ery Podboju Kosmosu”. Poza osobistymi emocjami, które przeżyłem wtedy i które są we mnie żywe do dziś, z perspektywy czasu widzę dwa istotne wnioski płynące z tego wydarzenia, aktualne także obecnie.

Po pierwsze, rola „nieuzbrojonego oka” jest niejednokrotnie niedoceniana, podczas gdy fascynacja zaawansowanymi przyrządami umniejsza wagę ich ograniczeń. Czas pokazał, że największe odkrycie Kazimierza Kordylewskiego zostało dokonane także „gołym okiem”. Oko ludzkie uważał On za najdoskonalszy i najbardziej uniwersalny przyrząd optyczny, od którego nic lepszego nie udało się dotąd skonstruować.

Rys. 3 Autor wspomnienia w Centrum NASA w Houston w Teksasie (USA) w sierpniu 2007 r. Fot. Anna M. Kordylewska

Po drugie, moja opowieść podkreśla podobnie często niedocenianą rolę niewyszkolonego obserwatora, który nie skażony rutyną dostrzec może to, co umyka z pola widzenia fachowców. Mając to na względzie, kilkanaście lat później Ojciec mój, Kazimierz Kordylewski, posłużył się grupami amatorów astronomów dla obiektywnego udokumentowania swego odkrycia Pyłowych Księżyców Ziemi. Temat ten, niezmiernie dramatyczny i ciekawy, doczeka się może kiedyś osobnego opisu.

Autor, najmłodszy syn znanego astronoma krakowskiego Kazimierza Kordylewskiego, jest biologiem pracującym w dziedzinie biologii komórki i ultrastruktury tkanek oraz bioetyki. Jest absolwentem i docentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obecnie pracuje w Uniwersytecie Chicagowskim w USA

(Źródło: „Urania — PA” nr 6/2007)
Validated by HTML Validator (based on Tidy) © „Urania — Postępy Astronomii”
webmaster: Marek Gołębiewski