Andrzej Marks, Pod znakiem komety - Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1986. Nakład 30 300 egz., stron 292, cena zł 220,–.
Niczym rój meteorów obruszył się na nas „rój” książek o kometach. Po trzech książkach poświęconych niemal wyłącznie komecie Halleya (Kometa Halleya Hieronima Hurnika, PWN, Warszawa 1985; Bliżej komety Halleya Krzysztofa Ziołkowskiego, Wyd. „Alfa”, Warszawa 1985; Kosmiczny gość — kometa Halleya Kazimierza Schillinga, „KiW”, Warszawa 1985 — zob. Urania nr 6/1986) ukazały się dwie następne pozycje traktujące o kometach w ogóle: Komety — ciała tajemnicze Stanisława R. Brzostkiewicza („Nasza Księgarnia” Warszawa 1985 — zob. Urania nr 11/1986) i wreszcie — Pod znakiem komety Andrzeja Marksa.
Tytuł książki to jakby ukłon w stronę astrologii, zresztą przewrotny, skoro w pierwszym rozdziale — Zwiastuny nieszczęść — Marks poddaje surowej krytyce przesądy astrologiczne związane z pojawianiem się komet na niebie. Oprócz tego tytuł ma, w zamierzeniu Autora, oddać nastrój, jakiemu się w ostatnich latach poddajemy w związku z ponownym powrotem komety Halleya w okolice Ziemi i Słońca. Jeden tylko widzę w tym zamyśle mankament (niezawiniony zresztą przez Autora) — otóż książka znalazła się w sprzedaży wtedy, kiedy Kometa Halleya oddalała się już od Ziemi. Z tego też względu siedem ostatnich rozdziałów (XXVIII–XXXIV) zawiera praktycznie nieaktualne już, niestety, informacje, wskazówki, porady…
Pozostałe rozdziały (od drugiego do dwudziestego siódmego) zawierają najróżniejsze wiadomości o kometach i ich odkrywcach, podane jednak w sposób nieuporządkowany i z powtórzeniami. Na przykład rozdział IV nosi tytuł Pięćdziesiąt siedem powrotów (w Spisie treści — ze znakiem zapytania), zaś rozdział XXX został zatytułowany podobnie, bo Czterdzieści pięć powrotów (i zarazem jakoś tak podobnie do tytułu artykułu K. Ziołkowskiego w Uranii nr 8–9/1982!). W jedną całość powinny być połączone rozdziały: Włochate gwiazdy (V) i Czym wlaściwie są komety? (XVI). Rozdziały: Komety młode i stare (XX), Komety się rozpadają (XV), Roje meteorów (XXIII) i Czy z komet powstają planetki? (XXIV) powinny być zamieszczone w tej raczej kolejności i poprzedzone rozdziałem Pochodzenie komet (XXVI). Odnosi się bowiem wrażenie, że Autor nie dopracował książki spiesząc się z jej opublikowaniem, ale i ten pośpiech został zniweczony przez cykl produkcyjny. Pośpiech ten widać również w braku dbałości o wiele szczegółów i w niepoprawnym podawaniu nazwisk. Wśród nich nazwisko Czernych występuje aż w trzech odmianach: Cziernych (str. 85), Cziernich (str. 87) i Czernych (str. 112). Błędnie jest też podane nazwisko Kazimierczak-Połońskiej; w dodatku zabrakło wzmianki, że przed wojną pracowała ona w Polsce. A Philippe Gustave Le Dulcet de Pontecoulant rozdwoił się i w tym samym zdaniu (str. 42) występuje jako „astronom francuski, Philippe G. Doulcet” oraz „matematyk francuski, Pontecoullan”. Zapis O–C raz jest rozszyfrowywany jako Observation–Calculation (str. 95), drugi raz (poprawnie) — Observatio–Calculatio (str. 259). Zamiast nazwy Andromedydy (roju meteorów) Autor uparcie używa nazwy Andromedidy. To samo odnosi się i do nazwy peryhelium.
Nie ustrzegł się Marks również przed merytorycznymi błędami, chociaż niektóre pojawiły się, być może, z winy redakcji. Na stronie 11 mamy więc pomylenie przyczyn ze skutkami. Planecie nadano imię bogini miłości dlatego, że w odczuciu starożytnych była to najpiękniejsza z planet (zresztą najpierw Grecy mieli dla niej dwie nazwy — Phosphoros i Hesperos). Nie wszyscy też astrologowie uwzględniali komety w swoich horoskopach, ponieważ według Arystotelesa komety miały być wyziewami atmosferycznymi, a więc nie należały do sfery ciał niebieskich.
Johanes Müller (de Regio Monte) urodził się w innym Królewcu, w mieście Königsberg we Frankonii, nie zaś w obecnym Kaliningradzie! (str 21).
W rozdziale VIII Polacy nie gęsi… zabrakło wzmianki o dostrzeżeniu komety w 1468 roku przez Marcina Bylicę.
Na stronie 97 Autor podaje, że Encke odkrył drugą kometę okresową, tymczasem z tekstu na ss. 102–103 wynika, że wcześniej niż Encke i jako drugi po Halleyu kometę okresową odkrył Lexell!
Kometa Holmesa nie może służyć za przykład zagubionej komety okresowej (str. 118), gdyż została odnaleziona w 1964 r. i była jeszcze obserwowana podczas dwóch następnych pojawień w 1972 i 1979 r.
Niewłaściwy jest też termin „parowanie” (str. 138 i następne), ponieważ na tak małych ciałach jak komety nie może występować faza ciekła. Poprawny termin — sublimacja — pojawia się dopiero 50 stron dalej (str 188).
Podane na stronie 139 przyczyny wygięcia warkocza komety są niewystarczające; dopiero kilka rozdziałów dalej Marks opisuje właściwe, fizyczne przyczyny wygięcia warkoczy komet i niezorientowany czytelnik może mieć trudności ze zrozumieniem tego zagadnienia. U bardziej zaawansowanych czytelników niepokój zapewne wzbudzą „widma emulsyjne” (str 148) i „soczewki grawitacyjne” (str. 154). O ile jednak pierwsze określenie można uznać za błąd drukarski, o tyle w drugim przypadku Autor nadużywa nazwy zastrzeżonej dla innego typu zjawisk. Nie lepiej jest też z opisem technik obserwacyjnych. Do otrzymywania widm gwiazd używa się pryzmatu obiektywowego umieszczanego przed obiektywem, czyli zanim promieniowanie zostanie skupione! Początki radioastronomii zostały potraktowane nader pobieżnie, niemal wzgardliwie — nie zostały nawet wymienione nazwiska K. Jansky'ego i G. Rebera. Nie można też traktować odkrycia fal radiowych dochodzących z przestrzeni kosmicznej jako czystego przypadku!
Rozważania na temat zagrożenia upadkiem komety tchną naiwnością. Z jednej strony Autor uspokaja, że dla Ziemi jako obiektu kosmicznego są one „drobnym epizodem”, co faktycznie jest prawdą — z drugiej jednak strony pisze Marks o ewakuacji zagrożonego terenu, tak jakby nie wiedział, że meteorytu tunguskiego, będącego najprawdopodobniej jądrem komety, nikt wcześniej nie zauważył! Czy Autor może gwarantować, że taka sytuacja się nie powtórzy? Oprócz tego upadek bardzo masywnego jądra komety mógłby mieć poważne konsekwencje globalne (głównie natury klimatycznej) i żadna ewakuacja nic by nie pomogła. I wreszcie upadek w 1908 r. meteorytu tunguskiego na Petersburg miałby doniosłe następstwa polityczne! Pocieszania czytelnika, że z Ziemią nic by się nie stało, nie satysfakcjonują — Ziemia bez biosfery bądź odmieniona klimatycznie czy politycznie, to nie jest takie „nic” dla ludzkości. Zgodzić się natomiast można z krytyką sensacji dziennikarskich, ale jest to zupełnie inne zagadnienie.
Sugeruję też, aby Autor zrezygnował na przyszłość z urągliwej wyższości wobec dawnych hipotez astronomicznych. Tchnące zarozumialstwem i brakami w znajomości zagadnienia uwagi pod adresem Herschela, Kamieńskiego i innych uczonych są doprawdy nie na miejscu, zwłaszcza w obliczu denerwujących przechwałek samego Autora.
Pisząc o hipotezie „Faetona” należało również dodać, że w tym rejonie Układu Słonecznego mogło w ogóle nie dojść do powstania planety na skutek oddziaływania grawitacyjnego masywnego Jowisza. Zaś pominięcie nazwiska niedawno zmarłego S. K. Wsiechswiatskiego podczas referowania hipotezy „poliwulkanizmu planetarnego” stanowi trudny do wytłumaczenia passus.
Marks z upodobaniem podaje czasopismo Ziemla i Wsielennaja oraz Priroda jako źródła ilustracji. No cóż, nie ma w tym względzie jakichś nakazów czy zakazów. Niemniej jednak w co najmniej dwóch przypadkach powoływanie się na te akurat źródła jest, delikatnie mówiąc, niezrozumiałe. Dotyczy to szczególnie uzyskanego za pomocą CCD przez astronomów amerykańskich pierwszego obrazu komety Halleya (str. 265) podczas jej obecnego powrotu, a także rysunku trajektorii zachodnioeuropejskiej sondy kosmicznej Giotto (str. 246).
Na stronie 229 znajdujemy powtórzenie informacji o radioastronomicznych obserwacjach komet (zob. ss. 145–146). Natomiast w przypisie 179 na stronie 249 Autor przeczy sam sobie — wcześniej pisał, że statkom kosmicznym nie grozi żadne niebezpieczeństwo ze strony roju meteoroidów, w przypisie zaś stwierdza, że jednak istnieje takie niebezpieczeństwo, po czym znów (str. 252) cofa swe słowa o niebezpieczeństwie zderzenia z meteoroidami!
Z kolei na stronach: 242 i 244 nazwy Agencji Astronautycznych (NASA i ESA) Autor z uporem przeinacza na… Kosmonautyczne.
Największym natomiast skandalem wydawniczym w przypadku omawianej książki jest błędne umieszczenie podpisów aż pod trzema rysunkami. Podpis pod rys. 10 (str. 245) powinien być umieszczony pod rys. 9 (str. 244), podpis pod rys. 9 — pod rys. 11 (str. 246), zaś podpis pod rys. 11 ma być pod rys. 10.
I na zakończenie — mylne są informacje na str. 282 o PTMA. Otóż w latach 1984–1985 Biuro Zarządu Głównego PTMA sprzedało członkom Towarzystwa ponad 500 sztuk obiektywów o średnicy 70 mm, sprowadzonych właśnie z myślą o umożliwieniu miłośnikom astronomii co najmniej podziwianie komety Halleya.