Życiem i dziełem Mikołaja Kopernika, zajmowało się wielu badaczy. Ogłoszono o nim już tysiące publikacji, a mimo to ciągle nie znamy dokładnie jego biografii ani okoliczności, w jakich zrodziły się zręby teorii heliocentrycznej. Wielki astronom pozostawił bowiem po sobie zaledwie kilkanaście listów, parę drobniejszych prac i swoje genialne dzieło O obrotach. Są to podstawowe materiały źródłowe do jego biografii i historii narodzin jednej z największych w dziejach koncepcji naukowej. Obraz ten do pewnego stopnia uzupełniają zachowane dokumenty kapituły warmińskiej, korespondencja osób współczesnych Kopernikowi oraz notatki ówczesnych ludzi. Nie bez znaczenia są również przekazy źródłowe, dotyczące innych wydarzeń w tych odległych, jakże burzliwych czasach.
Ale biografia Kopernika wciąż zawiera wiele luk i trudno dziś powiedzieć, czy kiedykolwiek uda się je wypełnić odpowiednimi danymi. Byłoby to zapewne możliwe, gdyby odnaleziono autobiografię wielkiego astronoma, którą Jerzy Joachim Retyk zamierzał opublikować, a czego z niewiadomych przyczyn zaniechał. Wprawdzie wiele zawartych w niej informacji odnajdujemy w jego pismach, lecz niewątpliwie są to jedynie skromne wycinki barwnego życiorysu Kopernika. Zagubiona autobiografia z całą pewnością zawierała dużo wiadomości o dzieciństwie twórcy nowożytnej astronomii, o przebiegu jego studiów i drogi, która doprowadziła go do genialnego odkrycia. Podobnych informacji mogłyby dostarczyć także materiały przywiezione przez Jana Brożka z odbytej w roku 1618 wyprawy na Warmię. One również mogłyby rzucić jakieś światło na mało dziś znane fragmenty biografii Kopernika, zwłaszcza jeżeli chodzi o ostatnie lata jego życia. Lecz i ta szansa została zaprzepaszczona, gdyż Brożek opublikował tylko drobną część tych materiałów, a reszta w tajemniczych okolicznościach zaginęła.
Tak więc tylko dzięki wielkiemu wysiłkowi całej rzeszy badaczy, zwłaszcza polskich, posiadamy dziś wcale pokaźny zasób wiedzy o Koperniku i jego dziele, o epoce i środowisku, w którym żył i tworzył ten niezwykły człowiek. Wiele faktów z jego bujnego i pracowitego życia ustalono w wyniku wnikliwej analizy różnych dokumentów, znajdujących się zarówno w bibliotekach i archiwach krajowych, jak i zagranicznych. Badania te szczególnie intensywnie były robione w latach poprzedzających pięćsetlecie urodzin Kopernika. W toku tych prac odkryto wiele nowych dokumentów, znacznie poszerzających zakres wiadomości o życiu i działalności wielkiego astronoma polskiego. Rzucają one zupełnie nowe światło na określony wycinek jego życia lub zaprzeczają przyjętym dawniej poglądom, które okazały się częściowo lub całkowicie fałszywe. Niektóre z nowych ustaleń są właśnie tematem niniejszego artykułu.
Kopernik opuścił Kraków w roku 1595 bez uzyskania tytułu magistra artium. Chcąc umożliwić mu studia zagraniczne, wuj Łukasz Watzenrode postarał się dla niego o kanonię warmińską, udzielając zapewne czterech święceń niższych i subdiakonatu. W tym czasie astronom miał dopiero 22 lata, na święcenia kapłańskie było jeszcze za wcześnie, sobór laterański z roku 1719 żądał bowiem od kandydata do prezbiteratu ukończenia 25 lat życia. Niestety, nie potrafimy powiedzieć, czy w późniejszym czasie Kopernik je przyjął.
Przez długi czas nikt tego nie kwestionował. Wydawało się zupełnie oczywiste, że Kopernik był księdzem, a dowodem tego miał być list Galileusza do księżnej Krystyny z roku 1615. Włoski uczony nazywa Kopernika księdzem, czego — jak już wspomniano — przez dwa i pół stulecia nie podważano. Sytuacja uległa zmianie dopiero w roku 1868, kiedy to Franz Hipler podał w wątpliwość prawdziwość tezy o święceniach kapłańskich Kopernika w oparciu o wnikliwą analizę stosunków panujących wówczas w kapitule warmińskiej. Pogląd ten został jednak mocno podważony przez Lino Sighinlfiego, który w roku 1918 opublikował nieznany dotąd dokument boloński z 20 października 1497 roku. Dowiadujemy się z niego, że Nicolaus (…) Copernig, canonicus Vuermiensis (…) presbiter constitutus (Mikołaj Kopernik, kanonik warmiński, stawiwszy się jako ksiądz). W ten sposób problem zdawał się być rozwiązany, teza o święceniach kapłańskich Kopernika wydawała się być mocno udokumentowana. Tymczasem w roku 1942 badacz niemiecki Hans Schmauch stwierdził, iż Sighinlfi słowa personaliter constitutus (stawiwszy się osobiście) mylnie odczytał jako presbiter constitutus (stawiwszy się jako ksiądz). Tym samym spór o święcenia kapłańskie Kopernika rozgorzał na nowo.
Schmauch w roku 1963 wysunął jeszcze poważniejszy argument przeciwko tezie o święceniach kapłańskich Kopernika. Ogłosił mianowicie odkryte przez siebie pismo Maurycego Ferbera z 4 lutego 1531 roku, w którym biskup warmiński wzywał kanoników kapituły fromborskiej, aby przyjęli święcenia kapłańskie. Z pisma biskupa wynika przy tym, że z aktualnie przebywających we Fromborku ośmiu kanoników, tylko jeden posiadał święcenia prezbiteratu. Kapituła miała w swym gronie 14 osób, sześciu kanoników nie rezydowało jednak stale we Fromborku. Do tych rezydujących Kopernik na pewno należał, ale nic nie wskazuje na to, aby to właśnie on miał być owym jedynym prezbiterem. Wszystko raczej przemawia za tym, że był nim Tiedemann Giese, który od roku 1532 sprawował funkcję koadiutora chorego biskupa Ferbera. Tak przynajmniej twierdzi wspomniany Schmauch.
Stwierdzenie to stało się głównym argumentem tezy, że Kopernik święceń prezbiteratu nie otrzymał. Pogląd powyższy poparło wielu badaczy, między innymi znany historyk amerykański Edward Rosen. Ale czy w ten sposób problem święceń kapłańskich Kopernika można uważać za rozwiązany? Raczej nie, bo po pierwsze — desygnowanie Giesego jako wyjątku nie jest ścisłe (jako koadiutor nie musiał być przez Ferbera w tę ósemkę wliczony), a po drugie — kapituła prosiła biskupa o rok zwłoki i po roku 1531 biskup tych przynagleń już nie ponawiał. Mimo tego faktu Schmauch bezwzględnie utrzymuje, że kanonicy upomnień Ferbera nie wykonali i święceń prezbiteratu nie przyjęli. Innego zdania jest ks. Marian Rechowicz, opierający się na ogłoszonym przed Rokiem Kopernikowskim dokumencie z 5 czerwca 1540 roku. Jest to pismo króla Zygmunta Starego do papieża Pawła III w sprawie kanonika Aleksandra Sculteti, który „chociaż już siedem lat a może dłużej jest prezbiterem, wyśmiewa się często z innych sprawujących służbę Bożą”. Król donosi papieżowi również, że Sculteti przeszedł na zwinglinizm i że nawet się ożenił. Aby zapobiec zgorszeniu monarcha prosi papieża o interwencję.
Z tekstu tego jednoznacznie wynika, że Sculteti przyjął święcenia kapłańskie w 1533 lub 1534 roku. Jeżeli zaś — jak sądzi ks. Rechowicz — nakaz biskupa Ferbera został wykonany nawet przez kanonika zbuntowanego i heretyka, to musieli go wykonać również inni kanonicy. Tak więc sprawa święceń kapłańskich Kopernika jest ciągle otwarta.
Kim była Anna Schilling i jaką rolę odegrała w życiu Kopernika? Oto pytanie, które od dawna nurtuje biografów wielkiego astronoma, a na które zapewne nigdy nie uzyskamy pełnej odpowiedzi. Bo chociaż na ten temat dużo napisano, powstało wiele przeróżnych hipotez, to jednak wszystkie one są tak słabo udokumentowane, że niekiedy można je traktować jak zwykłe pomówienia.
Sprawa dotycząca Anny Schilling znana jest badaczom od dawna. Szczególnie jednak dużego rozgłosu nabrała w roku 1938, kiedy to Jeremi Wasiutyński wydał swoją głośną książkę Kopernik, twórca nowego nieba i przedstawił w niej niezwykle romantyczną hipotezę. Wynika z niej, że Anna była córką Macieja Schillinga, znanego medaliera toruńskiego. Kopernik poznał ją w młodości i już wtedy obdarzył głębokim uczuciem. Najprawdopodobniej była to miłość odwzajemniona i trwała, toteż gdy w umyśle astronoma pojawiła się jakaś nowa myśl, wówczas na marginesach swych ksiąg rysował listki bluszczu, znak z pieczęci rodowej Schillingów. Pod koniec życia wielkiego astronoma Anna zamieszkała we Fromborku i pełniła rolę jego kucharki. Niestety, o ich romansie zaczęły krążyć plotki, wybuchł skandal, musiał interweniować biskup Jan Dantyszek. Zażądał bezzwłocznego zwolnienia Anny, zwłoka i opór ze strony Kopernika zaostrzyły sytuację. Biskup zmuszony został zwrócić się z prośbą do kolegów sędziwego astronoma, by próbowali nakłonić go do zerwania budzącego powszechne zgorszenie romansu. Pod wpływem ich nalegań Kopernik w końcu uległ i oddalił od siebie Annę. Wyposażył ją jednak tak hojnie, iż za otrzymane od niego wsparcie kupiła dom we Fromborku.
Ten jakże barwny obraz nie pokrywa się jednak ze znanymi dziś faktami. Przede wszystkim Anna — jak to wynika z datowanego 23 stycznia 1539 roku listu kanonika Feliksa Reicha — była mężatką. A zatem nie mogła być córką Macieja Schillinga, lecz najwyżej jego synową lub żoną jakiegoś dalszego krewnego. Ale co ważniejsze — mieszkający na wzgórzu katedralnym i utrzymujący z Kopernikiem bliskie kontakty Reich nie zauważył nic podejrzanego w zachowaniu astronoma i jego gospodyni. Po raz pierwszy o ich skandalicznym romansie dowiedział się z listu Dantyszka, a to daje dużo do myślenia. Wprawdzie pismo biskupa zaginęło i dowiadujemy się o tym jedynie z datowanego 2 grudnia 1538 roku listu Reicha, który — jak to wynika z jego treści — był wyraźnie zaskoczony otrzymaną wiadomością. W związku z tym są podstawy przypuszczać, że o romansie Kopernika dowiedziano się we Fromborku dopiero od Dantyszka, głównie zaś z jego listów adresowanych do tamtejszych kanoników. Reszty zaś — jak to już zwykle w takich przypadkach bywa — dokonała rozchodząca się błyskawicznie plotka.
Jakie jednak motywy mogły kierować tak niecnymi poczynaniami biskupa Dantyszka? Był przecież zwierzchnikiem kapituły fromborskiej i rozpowszechnianie wiadomości o tym skandalu chyba szkodziło jego dobremu imieniu, Odpowiedź na powyższe pytanie próbuje znaleźć Jerzy Drewnowski, który jeszcze raz gruntownie przebadał korespondencję Kopernika i związanych z nim osób. Z badań tych wynika, iż przeciwko wielkiemu astronomowi i jego gospodyni przygotowywano proces kanoniczny. Można go zaś było wytoczyć tylko pod zarzutem wywołania skandalu, gdyż sama wiadomość o niemoralnym życiu kanonika — nawet gdyby była prawdziwa — nie mogła stanowić podstawy do wszczęcia postępowania sądowego. Dlatego też — jak sądzi Drewnowski — robiono wszystko, aby wieść o rzekomym romansie Kopernika rozeszła się wśród najszerszych kręgów. I co istotne w tej sprawie — przygotowań do procesu nie zaniechano nawet wtedy, gdy astronom oddalił już od siebie gospodynię. Można więc podejrzewać, że powodem zgorszenia nie była Anna Schilling, ale chyba zupełnie coś innego. Być może prawdziwym adresatem tych szykan był kanonik Aleksander Sculteti, przeciwko któremu również zamierzano wytoczyć proces. Był to człowiek wykształcony, Kopernik przyjaźnił się z nim od wielu lat. Może to właśnie za jego pośrednictwem dotarły na dwór papieski informacje o kopernikowskiej teorii ruchu Ziemi i były przedmiotem rozmowy, jaką na ten temat przeprowadził znany orientalista Jan Albert Widmanstadt z papieżem Klemensem VII w roku 1533 (przed tym wydarzeniem Sculteti długo przebywał w Rzymie).
Ta oto przyjaźń — zdaniem Drewnowskiego — mogła być przyczyną konfliktu Kopernika z Dantyszkiem. Sculteti od dawna nie taił sympatii dla zwinglinizmu, a przy tym współżył w konkubinacie ze swoją gospodynią, co dawało zły przykład, narażało biskupa i kapitułę na krytykę wiernych. Ponadto uważany był za zaciętego wroga Dantyszka, swego czasu starał się go usunąć z kapituły, próbował uniemożliwić mu osiągnięcie biskupstwa warmińskiego. A ponieważ Kopernik opowiedział się po stronie Scultetiego, to i na nim Dantyszek prawdopodobnie chciał się odegrać. Do procesu jednak nie doszło, zmarł bowiem Reich, który czuwał nad stroną prawną procesu i był jego najgorliwszym promotorem (umierającym kanonikiem opiekował się Kopernik). W przypadku Scultetiego nie było to proste i z tego powodu, że jeszcze za czasów Maurycego Ferbera wystarał się on o wyjęcie spod jurysdykcji swego biskupa. Dopiero w roku 1540 uznano go za heretyka i usunięto z kapituły warmińskiej.
Portret wielkiego astronoma przechowywany niegdyś w toruńskim gimnazjum męskim, dziś zaś znajdujący się w zbiorach Muzeum Okręgowego w Toruniu, przedstawia wielką wartość artystyczną i historyczną. Jest bowiem wizerunkiem Kopernika, który kształtował epokę Odrodzenia i który zapisał się złotymi głoskami w dziejach rodzinnego kraju. Stanowi także świadectwo kultu, jakim ten wielki uczony obdarzony jest w Polsce od kilku już stuleci. Ten znany dziś każdemu Polakowi wizerunek wielkiego astronoma ukryto przed hitlerowskim okupantem w niezbyt odpowiednich warunkach, toteż uległ poważnym uszkodzeniom. Po wojnie trzeba go było poddać troskliwym zabiegom konserwatorskim, czego w latach 1946–1948 dokonano w Państwowej Pracowni Konserwacji Zabytków Malarstwa w Warszawie.
Dawniejsi badacze uważali toruński portret wielkiego astronoma za kopię jakiejś nieznanej jego podobizny i z tego powodu nie poświęcali obrazowi większej uwagi. Sytuacja uległa zmianie dopiero w roku 1953, kiedy to Leonard Torwirt na podstawie badań technologicznych wystąpił z niezwykle interesującą hipotezą, że znajdujący się w Toruniu portret Kopernika reprezentuje szczytowy poziom wykonania technicznego i pod tym względem wykazuje wyraźne podobieństwo z kręgiem dürerowskim. Wizerunek ten — jak pisze Torwirt — wyróżnia się doskonałością rzemiosła artystycznego i wyjątkowo sugestywną siłą wyrazu plastycznego. Posiada wszystkie cechy dzieła malowanego przez wytrawnego artystę, a Kopernik musiał do niego pozować i portret ten pokazuje nam wierną podobiznę naszego wielkiego astronoma. Mają o tym świadczyć — zdaniem Torwirta — namalowana przez artystę blizna u nasady lewej brwi oraz odbicie dwudzielnego okna gotyckiego na gałkach ocznych portretowanego. Szczegóły te rzekomo musiały być przez malarza podpatrzone i dokładnie z natury po mistrzowsku odtworzone.
Do zupełnie innego wniosku doszedł Józef Flik na podstawie przeprowadzonych przez siebie badań rentgenowskich toruńskiego portretu Kopernika. Wykazały one bowiem, że między obrazem oglądanym gołym okiem w normalnym świetle a obrazem na zdjęciu rentgenowskim występuje wyraźna różnica. Wykonany jasnoszarym kolorem podmalówek — zdaniem Flika — jest pod względem plastycznym bardziej doskonały. A co ciekawsze — podobizna Kopernika na podmalówku do złudzenia przypomina jego wizerunek na miedziorycie wykonanym w końcu XVI wieku przez niderlandzkiego rysownika i sztycharza Teodora de Bry. Okazało się nawet, że powiększone fotograficzne kontury tej ryciny pokrywają się z toruńskim portretem astronoma. Idzie oczywiście o tę jego część, która zachowała się do naszych czasów. Kiedyś miał on prawdopodobnie inne wymiary, ale — jak to stwierdzono w oparciu o badania mikroskopowe — został u dołu i z obu stron obcięty. Być może pierwotnie i na portrecie toruńskim Kopernik trzymał w ręku konwalię.
Na podstawie wyników przeprowadzonych przez siebie badań Flik wysuwa hipotezę, iż toruński portret wielkiego astronoma namalowany został w roku 1585 przez nideralandzkiego malarza Marcusa Geeraerts'a starszego. Mógł się on wzorować na przywiezionym z Fromborka szkicu rysunkowym autoportretu Kopernika lub na samym autoportrecie, który — jak wiemy — w roku 1584 kanonik warmiński Jan Hannowius podarował Tychonowi Brahe. A ponieważ z wymienionym wyżej malarzem niderlandzkim współpracował Teodor de Bry, mógł on podczas pracy nad swoim miedziorytem mieć przed oczami portret toruński Kopernika w podmalówku lub krzystać ze szkicu Geeraerts'a. Tylko w ten sposób daje się wytłumaczyć fakt, że portret toruński wykazuje tak zadziwiające podobieństwo z dziesięciokrotnie mniejszym od niego miedziorytem Teodora de Bry. A zatem — jak twierdzi Flik — wymienieni artyści niderlandzcy byli pierwszymi inspiratorami i propagatorami toruńskiego portretu Kopernika na obszarze swej działalności (Niderlandy, Niemcy i Anglia). Świadczy o tym również wizerunek wielkiego astronoma na fryzie czytelni słynnej Bodleian Library w Oksfordzie.
Piszący te słowa już w roku 1972 nieśmiało sugerował, że obraz oksfordzki ma przypuszczalnie jakiś związek z miedziorytem Teodora de Bry. Wówczas jeszcze nie były znane wyniki badań Flika ani jego poglądy na genezę pochodzenia portretu toruńskiego. Toteż dopiero teraz myśl powyższą można uzupełnić przypuszczeniem, że za wzór obrazu oksfordzkiego mógł z powodzeniem służyć hipotetyczny szkic Geeraerts'a. W każdym razie podobizna wielkiego astronoma z Bodleian Library jest bardzo podobna do jego wizerunku na podmalówku portretu toruńskiego.
Interesujący egzemplarz Obrotów znajduje się w leningradzkiej bibliotece im. Sałtykowa-Szczedrina. Egzemplarz ten — jak tego dowodzą odręczne notatki na marginesach tekstu — należał do trzech znakomitych astronomów XVI i XVII wieku. Pierwszym jego właścicielem był Erazm Reinhold, autor wydanych w roku 1551 słynnych Tablic pruskich. Są to pierwsze tablice ruchów planet obliczone w oparciu o dane liczbowe z Obrotów. Ich autor ani słowem nie wspomina o heliocentrycznej teorii budowy świata, najprawdopodobniej z obawy przed represjami (przecież Luter potępił tę teorię już za życia Kopernika). A zresztą i Reinhold nie podzielał w pełni teorii heliocentrycznej, chociaż po przestudiowaniu Obrotów odrzucił też układ geocentryczny Ptolemeusza jako już całkowicie przestarzały. Lecz chociaż nie uznawał teorii Kopernika, to jednak jego dzieło wysoko cenił i nie rozstawał się z nim nawet wtedy, gdy z powodu „zarazy moru” uciekł z Wittenbergii do rodzinnego Saalfeldu. Niestety, epidemia i tam go dosięgła; Reinhold zmarł, lecz jego syn zdołał jakoś uchronić dzieło polskiego astronoma przed zniszczeniem, co wcale nie było takie proste (rzeczy pozostawione przez zmarłych przecież palono). Traktował je jako cenną pamiątkę po zmarłym ojcu i nie należy się dziwić, że nie chciał sprzedać dzieła Tychonowi Brahe. Pozwolił mu jedynie skopiować uwagi ojca, które duński astronom wpisał do swego egzemplarza Obrotów (egzemplarz ten znajduje się dziś w Bibliotece Narodowej w Pradze).
Tycho Brahe nie zrezygnował jednak z kupna dzieła i po śmierci Reinholda nabył je, o czym świadczą pozostawione przez niego uwagi na marginesach leningradzkiego egzemplarza. Później egzemplarz ten dostał się do rąk Jana Keplera, w osobie którego duński astronom widział swego kontynuatora. Miał nadzieję, że uczony niemiecki zebrane z takim mozołem obserwacje wykorzysta do podbudowania jego nowej teorii planetarnej. A tymczasem — jak wiadomo z historii — Kepler nie spełnił nadziei Tychona Brahego i pozostawionym przez niego materiałem obserwacyjnym posłużył się do ulepszenia teorii Kopernika. Na marginesach leningradzkiego egzemplarza Obrotów pojawiły się nowe uwagi, wiele z nich znalazło się potem w dziełach prawodawcy astronomii. O dalszych losach tego unikatowego egzemplarza dzieła Kopernika nic nie wiadomo poza tym, że w roku 1853 berliński księgarz J. Friedländer sprzedał go do wspomnianej biblioteki w Petersburgu. Obecnie jest on wnikliwie badany przez historyków nauki.